No i nadszedł czas rozprawienia się z najsłabszym, moim zdaniem, filmem Lyncha
W “Człowieku słoniu” widać głęboką fascynację twórcy kinem lat 40-tych czy 50-tych
Nikt tak celnie, nie zbudował przedtem ani potem klimatu wiktoriańskiego Londynu, lecz trzeba pamiętać iż to jedynie ubranie
do mało ciekawej, a może po prostu zbyt konwencjonalnej jak na tego reżyser historii.
Zarzut nie tyczy się samego Lyncha, ten wykonał kawał świetnej rzemieślniczej roboty, dzięki czemu jego obraz ogląda się przyjemnie.
To raczej opowieść pozbawiona jest emocji, jakby chłodna i ciągnąca się, po przez co zwyczajnie jej nie kupuje.
Potencjalnie to najbardziej “mainstreamowy” twór mistrza, i być może dlatego większość go polubiła.
Posypał się deszcz nominacji i powoli, powoli autor z artysty undergrundowego przeskoczył na szersze pole.
Dziś Lyncha znają chyba wszyscy którzy zetknęli ze światem filmu, jeśli nie za pomocą właśnie “Człowieka słonia”, to bijącego
wszelkie rekordy popularności w latach 90-tych “Twin Peaks”. Ostatecznie, polecam o wiele bardziej ten drugi tytuł.
“Elephant man” to może i owszem, spełnienia marzeń estety, ale nieco banalne i miałkie wewnątrz kino.
Śmiało można uznać, że z mojego mózgu po seansie został jedynie bezużyteczny flak.
I o to chyba właśnie chodzi. Kiedy masz nadzieję, że pod koniec wszystko się wyjaśni tak jak to zazwyczaj bywa, Lynch w ostatnich 15 minutach mąci i kumuluję cały chaos fabularny.
I już nie wiesz tak naprawdę nic.
Ale tylko pozornie. Po dłuższym zastanowieniu-do czego z pewnością ten film skłania, można to ułożyć w całkiem trzymającą się kupy konstrukcje, jednak nie bez przeszkód.
Co to oznacza? Że wszelkie postaci, symbole należy kojarzyć z logiką snu.
O czym zatem opowiada ten obraz poza czystą oniryczną otoczką? To historia niespełnionej miłości, historia bolesna i poruszająca, w której kolejno pojawiające się wątki to w większości metafory.
Lecz i tutaj reżyser nie spłyca opowieści do wymiaru ultra-realistycznego, następuję też refleksja nad karą duchową i przejściem pomiędzy światami ludzi, a duchów, demonów itd.
Tylko bowiem Lynch umie wykrzesać z sztucznej krainy jaką jest Hollywood prawdziwy mistycyzm, posługuję się zatem początkowo prostą i naiwną historią, dziewczęcia które przyjeżdża z Kanady do Fabryki snów, licząc jak zapewne jej wiele poprzedniczek iż zostanie dostrzeżona i stanie się gwiazdą.
Podniecona, udaję się do apartamentu ciotki, w którym pozwoliła jej mieszkać w czasie kiedy znajduję się na planie swojego nowego projektu.
Dziewczyna zauważa w domu obecność pewnej kobiety, którą najpierw bierzę za lokatorkę.
Potem okazuję się, iż uciekła ona cudem śmierci, po tym jak jej partner i szofer zgineli w wypadku samochodowym na Muholland Drive.
Kobieta nic nie pamięta, ani imienia, ani nazwiska, zaś w jej torebce nie wiadomo skąd pojawiają się pieniądzę.
Betty uważa to za coś wielce intrygującego, dla niej to zabawa w kino, ale też z czystej sympatii postanawia nowej znajomej pomóc w poszukiwaniu jej tożsamości..
Z boku prowadzonych jeszcze jeszcze kilka wątków, mniej lub bardziej rozwiniętych, które następnie są ze sobą powiązane.
Najważniejszym z nich jest opowieść reżysera Adam Keshera którego życie przewraca sie do góry nogami w ciagu paru dni, po tym jak zostaje zwolniony z pracy, dowiaduję się o zdradzie żony z czyścicielem basenów i traci cały majątek życia.
Zdesperowany, idzie za wskazówkami swej sekretarki która jako jedyną możliwość powrócenia na prawidłową drogę uznaję spotkanie z tajemniczym “kowbojem”.
Dumny Kesher nie ufa mu, ale na spotkanie przychodzi, z czego dowiaduję się od posłańcu iż musi zrobić tylko dwie rzeczy aby znów stać się “szczęśliwym”-powrócić do pracy i zaakcptować, proponowaną przez ekipę kandydatkę do głównej roli, jeśli tego nie zrobi spotka coś wprost przeciwnego.
Ogromnym atutem “Muholland..” jest jego świetna reżyseria, film ogląda się bardzo dobrze i z odczuciem ciągłego odkrywania, szczególnie w końcówce która niesamowicie pomiata emocjami.
Od jednego do drugiego pomysłu przechodząc,Lynch robi to niezwykle płynnie, tak że nie odczuwa się ani chwili znudzenia.
I nie ma zresztą w tym przesady, że to jeden z jego najlepszych tworów.
Magiczny, piękny,przerażający. Tak zapamiętałem “Muholland Drive”.
Mamy rok 1977. 31-letni wówczas David Lynch odnosi dosyć spory sukces artystyczny, stając się współkreatorem tzw. “Midnight movies”, trafiając
w gusta wolnego pokolenia avangardowców i co ważne biorąc w międzyczasie na barki ojcostwo 9-letniej już Jennifer( która niespełna 2-lata temu z pomocą tatusia wydała na świat, swój film pt. “Dochodzenie”).
Jakimż przerażonym opiekunem musiał być Lynch skoro napisał, wyreżyserował a nawet skomponował muzykę do tak dziwnego i przytłaczającego dzieła jakim jest “Earserhead”?
“Głowa do wycierania” to nie tylko pierwszy w pełni niezależny eksperyment tego twórcy, lecz i zaczątki jego geniuszu. Rzadko się zdarza, aby wśród całej masy hermetycznych wizji, odgrzanych przez niespełnionych kochanków sztuki z tamtego okresu, można
było by nazwać któryś z tego tworów więcej niż po prostu “wydumanym”, a jednak pełnometrażowy debiut autora późniejszego “Twin Peaks” wybija się jako coś doprawdy niezwykłego.
W tym filmie zakochali się tacy reżyserzy jak Stanley Kubrick, George Lucas czy Mel Brooks i nie wypada im nie przytaknąć.
Bowiem nawet wizualnie, zachowany w półmrokach, cudownych odbiciach niby skromny, rozgrywający się w industriualnym miasteczku “Earserhead” zachwyca.
Widać tu już zdecydowany nacisk na plastyczność obrazu, na estetykę tutaj wyłuskaną z przeciętności i smutku.
Lynch zresztą nie mnoży specjalnie symboli a przynajmniej nie na tylę, jak powiedzmy w dalszym “Muholland Drive”, choć “Głowę do wycierania” też trudno nazwać w pełni przejrzystą.
W tej rzeczywistości, społeczeństwo nastawione jest na popyt, a i człowiek jest istotą mechaniczną, działającą zgodnie ze wskazówkami kogoś wewnątrz.
Jedynie seks wydaję się działaniem jak najbardziej emocjonalnym czy prawidłowym, rodzi się więc głównemu bohaterowi dziecko bez uczucia, dziecko brzydkie, niekształtne, przerażające jego samego, dziecko którego nie chcę, i które go niszczy.
Chcąc nie chcąc, ten film wprowadza w coś w rodzaju transu i zastanawia i kusi nowymi pytaniami bez odpowiedzi.
“Prosta” historia, a ubrana w takie znaczenie, że zgodnie z tytułem “ściera głowę”.
“Trick r’ treat” zaczyna się niczym typowy, głupiutki horror, którego główną atrakcją będzie rzeźnia jankesów.
Co więcej, nie ma w tym nic złego.
Michael Dougherty nakręcił film który swoją składnią przypomina dawne dzieła Cravena czy Carpentera.
Jest nieudolny, absurdalny, okraszony całą paletą dziwactw gatunkowych w pigułce, a jednak przełyka się go z duża przyjemnością i satysfakcją, być może
nie do końca wynikającą z jego autentycznej wartości, ale samego faktu iż są jeszcze na świecie ludzie którzy kontynuują tradycję, którym się zwyczajnie chcę.
To absolutna niespodzianka, prezent od fanów dla fanów.
Najbardziej jednak zadowolone powinno być pokolenie współczesnych 30-latków, ale tych którzy mają jeszcze w pamięci kiedy oglądali z wypiekami na twarzy,kiczowate filmy grozy na kasetach VHS.
Dla nich odtworzona jest ta stara zabawka, wyjęta z otchłani mrocznego archiwum, która zapewne podobnie jak tegoroczne “Drag me to hell” niezostanie zauważona i doceniona.
A tymczasem to istny skarb, co z tego, że nie równy ,co z tego że pozbawiony sensu, jak zabawny i ostry zarazem, jak rysowany cienką, komiksową kreską jako ilustracja,igraszka..czego chcieć więcej?
Dziwne. Nigdy mnie specjalnie do tego filmu nie ciągnęło, powodem zaś dzięki któremu po niego sięgnąłem była fascynacja nowym dziełem Tarantino.
Owszem czytałem wcześniej takie wpisy jak “Arcydzieło propagandy”, aczkolwiek zawsze znalazło się coś aktualnie ciekawszego do obejrzenia.
Po seansie okazuję się, że całkiem słusznie odkładałem “Triumf woli”- nie jest to bowiem obraz którym można się bezkresnie zachwycać czy chociażby zanurzać się w nim.
Gra cieni, sposób kadrowania- jak najbardziej, reszta- ziew.
W istocie produkcja potępionej Leni Riefenstahl, nic nowego nam o naziźmie czego byśmy dzisiaj nie wiedzieli nie mówi.
To czysto rzemieślnicza, jak na propagandę przystało-pełna wspaniałych wzniosłych haseł, uśmiechniętych min i obietnic rzecz która sprowadza się głównie do długich przemówień towarzyszy Fuhrera.
Sam zresztą Hitlera jako centralna jednostka ruchu jest częstokroć pokazywany.
Wesoły, otoczony wokół siebie tłumem rzucającym mu wieńce i salutującym mu.
Nie wątpię iż “Triumf..” będzie ciekawym doświadczeniem dla fascynatów tematyki, wszakże owy tyuł przyczynił się do znacznej części poporcia w Niemczech, co tylko może świadczyć o jego dawnej sile rażenia
na społeczeństwo złaknione wielkich bohaterów i idealistów.
Dla mnie to film zdecydowanie za długi, perfekcyjnie przygotowany, lecz jakimś trafem pozbawiony świetności chociażby
obrazów Eisensteina- o wiele bardziej porywających, a przecież o niemal identycznym charakterze.
Zaczynam się o siebie bać. Nie czuję po tym filmie nic, poza kolejnym zachwytem muzyką którą upajam się już od początku wakacji, a która to zasadniczo ratuję ten obraz. Szkoda tylko tak pięknych dźwięków, dla takie miernego i łopatologicznego filmu. Duncan Jones miał ambicja, i zostały one jak widzę przez większość docenione, nie mniej jednak nie dla mnie to kino. O wiele bardziej rozwleczone i mniej klimatyczne niż Sodenberłubdubu “Solaris”, a prosty i pozbawiony iskry niczym “Sunshine” Boyle’a. Nie tak to miało wyglądać, nie tak to sobie wyobrażałem. I nie chodzi tu nawet o jakiś tam dynamizm i akcję, po prostu od filmu o którym już spora rzesza ludzi mówiła jako o czymś doprawdy niezwykłym oczekiwałem istnego odkrycia roku. Jak to zwykle bywa, rozczarowałem się.
Czego tu brakuję? Zasadniczo- wszystkiego co pozwalałoby by “Moon” uznać za dzieło wielkie, czy nawet udane. Genialna ścieżka dźwiękowa często pojawia się w nieodpowiednich momentach, zaś z głównym bohaterem trudno się utożsamić. Tym razem wspaniały Sam Rockwell, nie pokazał swojego kunsztu, bo jednak bądźmy szczerzy nie miał jak. Jego postać błąka się bo statku, marzy o spotkaniu z żoną, płaczę, ale to na nic jeśli jest tylko jakimś niedopałkiem, laleczką posuwającą się jedynie zgodnie z oczekiwaniami jej twórcy. Ani w tym Lema, ani Kubricka, ani nawet Jonesa- bo najgorszym zarzutem wobec syna Bowiego, jest to , że jest reżyserem niezdyscyplinowanym, jeszcze młodym, który nie potrafi kreślić własnego stylu czy operować plastycznością, ale mogę się mylić. Poczekamy, zobaczymy, może nie na darmo usłyszeliśmy o tym człowieku, i zapewne jeszcze o nim usłyszymy( kręci nowy film za większe pieniądze). “Moon” jest produkcją zrealizowaną za 5 milionów dolarów i to widać. Całość ma niemal od początku do końca wyjątkowo kameralny wydźwięk, Jones nie stara się tego niczym zakryć, ale mało tego nie jest w stanie widza wystarczająco opowiadaną historią zainteresować. Dodając do tego liczne uproszczenia, wychodzi nam kino zadziwiająco płaskie i w efekcie niebywale rozczarowujące.
edit:
Już na chłodno, stwierdzam, że film oceniłem nie do końca sprawiedliwie. Ocenę podciągam pod 3 gwiazdki, co nie zmienia faktu, że spodziewałem się naprawdę dużo, dużo więcej. “Moon” to kino po prostu niezłe, lecz dalej jego głównym zarzutem jest brak wyrafinowania i stylu. Wszystko to wydaję się jakieś niezgrabnie wymieszane przez Jonesa, pozostaję dosyć spory niedosyt. Film jest statyczny jak wspominałem wcześniej co nie wychodzi mu do końca na dobre. Zadając podstawowe pytanie o człowieczeństwo, często ociera się o banał, bo choć opakowany całkiem ładnie, dalej pozostaję irytującym banałem.
“Kto nie kocha Tarantino, nie kocha kina”- napisała w swej recenzji użytkowniczka
RottenTomatoes i trudno się z tym nie zgodzić, zwłaszcza mając przed oczyma “Bękarty wojny”.
Najnowszy film twórcy “Pulp Fiction” to alternatywny świat ekranu z całym “wypasionym” asortymentem.
Przygotujcie się zatem, że będą latać skalpy i będzie lać się krew. Bo tak mówi porucznik Aldo Raine, i tak po prostu będzie.
Można by poświęcić całą debatę na temat czy oby na pewno “Inglorious Basterds” jak na arcydzieło gatunku nie jest produkcją zbyt błachą, ale o czymże na ten przykład opowiada “Casablanca” czy “Przeminęło z wiatrem”? bo również nie są to dylematy moralne,
a na kartach historii się zapisały jako obrazy powszechnie uwielbiane i cenione, co zresztą, patrząc po obecnych notach, powinno również spotkać omawiany film.
I dam sobie głowę uciąć, że nie było jeszcze za paroma wyjątkami( jak “Ojciec Chrzestny”, “Zielona mila” czy “LOTR”) tak znakomicie wyreżyserowanego, i jednocześnie przecież całkiem sporego objętościowo dzieła które tak by pochłaniało widza.
Tak, tak, “Bękarty..” już dziś śmiało można nazwać wielkimi.
Bo jak inaczej wytłumaczyć, że po grubo dwóch godzinach, pojawiają się napisy końcowe, a ja chcę jeszcze raz i jeszcze więcej?
Bo taka jest ta produkcja, chłonie się ją jak gąbka, głównie dzięki jak już wspominałem mistrzowskiej reżyserii, ale także wspaniałej grze aktorów( bez wyjątku), genialnej muzyce(Quentin po raz kolejny się popisał) i…można by wymieniać..
Jakże to świetna zabawa dialogami, konwencją, budowaniem napięcia, cała masa plusów i euforii idącej za nimi przekłada się na ogromny sukces tegoż dzieła, moim zdaniem w pełni zasłużony.
Jakkolwiek dziwna wydawała by się ta recenzja, muszę przyznać, że jestem po prostu O-C-Z-A-R-O-W-A-N-Y. Nie było w tym roku lepszego filmu, nie mówiąc już o tym, że oglądanie go łączy się z czystą, nieskrępowaną satysfakcją płynącą z delektowania się każdą sceną, każdym dopieszczonym ujęciem.
Nie chcę się powtarzać, ale w tym przypadku będzie to konieczne. “Chyba stoworzyłem arcydzieło”- mówi Brad Pitt pod koniec, a ja dodaję od siebie “nie chyba, tylko na pewno”.
Zaopatrzyć się w DVD obowiązkowo.
“Fajny film wczoraj widziałem..” mógłbym napisać, ale to wszystko nieodpowiednie. To niedpowiednie, niepasujące do “(500) days of Summer” słowa które miażdżą, owe dzieło i zamykają je w nawiasach, przyzwoitego, ładniutkiego kina na jeden wieczór.
Tak sądziłem wczoraj, dzisiaj jest inaczej.
Cóż nam ukazuję Marc Webb, że na jego obraz warto zwrócić szczególną uwagę? A no całkiem wiele. Nie jest to powtórka z rozrywki, choć potencjalnie większość tego co na ekranie już wcześniej widzieliśmy.
To “indie” w pełnej krasie, choć inspiracji upatrywałbym się tu raczej w produkcjach Camerona Crowne’a, skądinąd jednego z moich ulubionych reżyserów.
Nic więc dziwnego, że tegoroczny hit Sundance oczarował mnie w tak wielu aspektach. Od tego filmu biję czysta szczerość choć ujęta w ramy kolorowej poetyckiej piosenki.
Zamierzony kicz i euforia szczęścia, mieszają się z gorzkim smakiem porażki. To doprawdy wyjątkowe połączenie i zapewne jeden z lepszych filmów tego roku.
A jak można go podsumować? Otóż bardzo prosto- to historia pewnego skomplikowanego związku, reszta ukryta jest w kadrach i słowach.
Bo nic nie robi tak dobrze, jak zobaczenie siebie w kinie.
Bo tu wszystko jest piękne i normalne zarazem, i tłuczenie tależy i tańczenie z przypadkowymi przechodniami w parku.
Nie ma chyba innego tak cenionego i słynnego obecnie pisarza w Czechach jak Michal Viewegh, co jest dla mnie dosyć zrozumiała.
Viewegh przekłada jak nikt inny to co w czeskim kinie najlepsze na papier, zaś czeskie kino przerabia jego powieści na film stając się wielką maszynką do zarabiania pieniędzy i vice versa.
Idzie to jednak, naszym sąsiadą zdecydowanie na dobre, a poświadczyć o tym mogę zwłaszcza mając przed oczyma takie obrazy jak “Wycieczkowicze” czy właśnie najnowszą “Nestydę”, spapraną przez żartobliwy kaprys tłumacza jako “Do Czech razy sztuka”.
Trudno nowy film Hrebejka(Pod jednym dachem, Musimy sobie pomagać) nazwać wybitnym, z drugiej strony posiada on coś tak niesłychanie magnetyzującego, że ogląda się go z prawdziwą przyjemnością.
Nie dziwi zatem wielki sukces w ojczyźnie, kraju Knedlików i wojaka Szwejka.
Jednak owa produkcja chyba najlepiej pokazuję jak bardzo zmieniło się pojęcię “czeskiego filmu” sprzed lat.
“Nestyda” odnajduję się w modernistycznej materii, filmu problematycznego oraz odpowiadającego oczekiwanią współczesnego widza.
Chcemy oglądać ludzi i ich tragedię, bo to potencjalnie właśnie cudzę tragedię pozwalają nam znaleźć rozwiązanie we własnych sprawach, a, że wszystko to przyprawione jest szczyptą
typowego dla czechów absurdu- to tylko podkreśla przekonanie, że ,mamy do czynienia z bohaterami tyleż ludzkimi co wynaturzonymi, ale przynajmniej wiarygodnymi dla odbiorcy.
Pamiętni “Guzikowcy” Zelenki oraz jego plujący na pociągi mężczyzna czy też staruszkowie wsadzający sobie między pośladki sztuczne szczęki- to kwintesencja zabawy naszymi niedoskonałościami i zboczeniami, które niejako
znajdują kontynuację w późniejszych dokonaniach ichniejszej kinematografii/ literatury.
Bo choć znowu mamy w “Nestydzie” do czynienia z pięknymi i majętnymi, to ich dostatek wydaję się stokoroć normalniejszy i pozbawiony naiwności niż u nas.
Oskar-prezenter telewizyjny staję się stopniowo ofiarą konsumpcjonizmu, ma piękną żonę i synka, a jednak zdaję się mu, że żyję w związku pozbawionym uczucia.
Przyczną owego nieszęścia zaczyna być wielki, w mniemaniu Oskara nos żony.
Zniesmaczony, szuka szczęścią i miłości pośród kolejno napotykanych kobiet…
Pomimo wręcz bajkowego wymiaru, jaki przebiera ten film, Hrebejk znowu urzeka ogromnym naturalizmem sytuacyjnym włożonym w scenariusz.
Pokazuję nam słodko-gorzki świat, w którym żyjemy i który sami tworzymy.
Pokazuję człowieka- zblazowaną istotę pozbawioną jakichkolwiek skrupłów byle by zadbać o swoje dzikie potrzeby.
Pomiędzy dramatyzmem i koimzem tego wszystkiego kryję się nieznośna prawda oraz mądrość.
Dziękuję Janowi Hrebejkowi, za ten krótki acz treściwy obraz, oby tak dalej, no i zapraszam do kin.
W “Dzieciach Ireny Sendlerowej” zabrakło jedynie rodzimej wódki i ogórków- to prawdziwie można powiedzieć “Polski film” dlatego dystrybutor jak nigdzie indziej pokusił się o
pokazanie owej produkcji w kinach.
Już mam przed oczyma wizje bijących drzwiami i oknami wycieczek szkolnych.John Kent Harrison( tak, tak ten sam od pomnikowego “Jana Pawła II”), zrobił za stosunkowo małe pieniądzę( jest to obraz telewizyjny), małoszkodliwą pomoc dydaktyczną.
Nie ma w niej seksu, jest za to przemoc, ale tylko by podkreślić okrucieństwo wojny,lecz nie ma uczuć. Autora dosięgło przekleństwo typowego kina wojennego, zrealizowanego zgodnie z podręcznikową
instrukcją pt. “Jak zarobić pieniądzę, aby się zbytnio narobić?”.
To dzieło pozbawione nie tylko emocji, ale i jakiegokolwiek środka napędzającego. Z ekranu po prostu wieję nudą, a kto oczywiście załapał się na rolę drugoplanowe? Danuta Stenka oraz Maja Ostaszewska.
Już nawet orginalny, jakże wzniosły tytuł “Odważne serce..” zapowiada produkcje niezwykle patetyczną i uproszczoną, mało tego-zbyt teatralną i rozwleczoną, a dla nas, widzów-zbyt banalną i powierzchowną.
Anna Paquin wciela się tu w kolejną postać kalkę- filmową “Marię dziewice”, kiczowatą, sakralną figurkę pełną miłosierdzia oraz dobroci.
Nie ma w w tym jednak ani krzty szczerego ciepła czy wiarygodności.Aż chciałoby się wezwać na krzesło reżyserskie Polańskiego bądź Spilberga.
Innym paną, którzy zamierzają szerzyć na zachodzie historię Polonii mówię stanowczo-nie.