Pan Barney znów wydał plony czego dowodem mogła by być laurka dla związku z Bjork- wspólne i jak na tą parę przystało, dziwne dzieło.
Gdyby jednak spojrzeć na nie w obliczu wszystkich innych zabaw wizualnych tego artysty okazało by się, że “Drawning Restraint 9″ znowuż takie wykręcony nie jest.
Jeżeli się zatem przyjmie koncepcję i podda się w ruch wraz z niewątpliwie pięknymi, wyestetyzowanymi wizjami Barneya to może się ten film spodobać.
Z innej strony-nie ma on ani ładu ani składu.
Właściwie całe ponad 2 godziny to przygotowywania do mistycznej podróży, rytułał, ceremonia zmieniania się w wieloryby…
Niby “Ars gratia artis”, ale samo w sobie jest to okazałe i w sumie bezpretensjonalne, może po przez znakomicie dobraną ścieżkę dźwiękową mroźnej damy Islandii.
Pojawiają się tu przeróżne brzmienia, gatunki które w kontekście tła pasują jak ulał. Cóż lecz począć, kiedy cały film wydaję się tłem, kolejną umiejętną zagrywką ulubieńca “Nowych horyzontów”.
Barney nie dorósł, wciąż chyba kocha siebie oraz swoje “dzieci” tak bardzo, że nawet do pewnego czasu uznawał zacisze domowe za niegodne oglądania w nim swoich popisów.
Ulegając presją, a może i miłości stworzył film który funkcjonuję na jednej płaszczyźnie i jednocześnie dalej jest obrazem z gatunku tych które reżyserzy tworzą dla samych siebie.
Ale przystopował. Nie znajdziemy tu wydumanych, kosmicznych symboli które on jeden tylko rozumie.
Znajdziemy za to przykład lirycznej pieśni, odświeżającej, i prawdę mówiąc dosyć lekkiej w odbiorze.
Nie ma w tym fałszu,a to już coś.
Jeżeli czujecie się przygniecieni monotnią i wtórnością współczesnego kina- dla was jest ten film.
Nie starajcie się go zrozumieć, bo i tak to nic nie da.
Sam Barney zapewne go nie rozumie, ale w tym bezsensie jest metoda.
