Gilliam zaskoczył mnie tym filmem, może dlatego, że niczego wielkiego po nim się nie spodziewałem, jednocześnie
jest to dzieło na tyle specyficzne i niejednoznaczne, że warto mu się przyjrzeć podwójnie, co też uczyniłem.
Za pierwszym razem z “Parnassusa” nic konkretnego się nie wyjawiało, co więcej seans bardzo mnie zmęczył.
Może była to wina dnia, czegokolwiek w każdym razie, ta mieszanina skojarzeń, pokrętnych, przedziwnych wizji nie trafiła do mnie.
Dopiero drugi seans, uświadomił mi nie tyle, że byłem w błędzie co nadał samej produkcji nieco innego światła.
I choć może się wydawać, że nowy obraz jednego z członków Monty Pythona, to jedynie triumf formy, to właściwie cała historia narzuca troszkę inną interpretację.
To smutny,pechowy projekt, smutny z wielu powodów, ale też właściwie hołd dla człowieka- dla Gilliama, wielkiego wizjonera. nieśmiertelnego twórcy
oraz Ledgera- równie wielkiego aktora.
Jest tu bardzo wymowna scena, dodana wydaję mi się już podczas kręcenia, kiedy po drugiej stronie lustra, na ciemnej rzece płyną małe łódki ze zdjęciami zmarłych
artystów, w tym między innymi Jamesa Deana.
Scena ta jest opatrzona krótkim dialogiem pomiędzy starszą, zahipnotyzowaną wręcz damą a Tonym( już w postaci Deppa).
Owy właśnie Tony, wspomina iż wszyscy oni są martwi, ale i zarazem wieczni, nie dotykają ich choroby znane ludzkości, będą nieustannie młodzi. Niczym Bogowie.
Ale takich symboli jest więcej( jak chociażby miła, końcowa “niespodzianka”).
Dowodzą one tylko, że nie mamy tu do czynienia z żadnym marketingowym chwytaniem za serce.
To jeden, z tych nieprawdopodobnie, udanych filmów, do którego produkcji prawie by nie doszło, a jednak, mimo wszelkich przeciwności, mimo rozdygotanej formy, sennych fantasmagorii, “Parnassus” jest uroczą baśnią
doprawioną szczyptą postmodernizmu, szaloną jazdą po krawędzi, kiczowatą, piękną, piekielną no i..własną.
To widz wybiera tu, podobnie jak w “Imaginarium” który odcień tej historii, chcę widzieć.
Żaden nie jest fałszywy, żaden nie blaknie przy bliższym poznaniu.
Wyśmienite kino.
McCarthy nie mógł znaleźć, lepszego artysty niż Hillcoat do przeniesienia swojej suchej rzeczywistości, albowiem
cały ten post apokaliptyczny brud i stęchlizna znajdują doskonałe ujście w estetyce reżysera.
Widać już to było w kultowej niemal, w samej Australii “Propozycji”, w której target Cave i Hillcoat zmiksowali brutalny antywestern z klimatami Malickowskimi.
Od tej pory, w zasadzie poza małymi wyjątkami, wszelkie dzieła z krainy kangurów robione są na jedno kopyto.
Czy to dobrze, czy źle, pomijając niepokojący, stylizowany zwiastun, w swej wizji twórcy “Drogi” udało się uniknąć taniego efekciarstwa.
To nie jest film typowo hollywoodzki, ba! to nie jest wogóle typowa produkcja jak na swój, już dosyć wyeksplatowany w ostatnich latach gatunek.
Fabuła rozwijająca się w ślimaczym tempie, niczym wędrówka naszych bohaterów- ojca i syna tworzy czasem niebezpieczną barierę.
Poza nielicznymi scenami, gdzie zostają wplątane elementy survival thillera, ta podróż niby przez Styks, pozbawiona już właściwie resztek człowieczeństwa nabiera charakteru
kontemplacyjnego.
Dzisiejsze życie postaci jest utkane ze wspomnień i rodzaju prymitywnych polowań, szukania schronienia.
Nie wiadomo nawet co było przyczyną tego wielkiego boomu, ale to w zasadzie nie jest nam potrzebne.
Pozostały popioły pamięci i chłopiec dla którego jedynym prawidłowym autorytetem jest jego ojciec.
Nie ważne co czyni, robi to dla przetrwania.
W tym okrutnym świecie jest jeszcze jednak, jakaś wartość- miłość, słuszna, rodzicielska.
Lecz co ciekawe, nawet w jej obliczu trudno posądzić Hillcoata o emocjonalny szantaż i fałszywe wyciskanie łez.
Tak, to wszystko jest sprawnie zrealizowane, tak, dojrzale opowiedziane i pięknie nakręcone.
Krocząc śladem innych bloggerów, postanowiłem zamieścić tu( lekko opóźnione) podsumowanie zeszłego roku.
O porażkach, zwycięzcach i zaskoczeniach poniżej…
Filmowe rozczarowania
Sporo w tym roku było produkcji zwyczajnie przeciętnych, i nie aż tak wiele słabych, co jednak wystarczająco nie cieszy.
Nie ma bowiem w końcu nic gorszego niż czysta obojętność, a ta spotykała mnie jako widza niemal co krok przy wypatrywanych tytułach.
Oto co zawiodło najbardziej:
Paranormal Activity
Trudno ten film traktować na poważnie, tym bardziej że już po 30 minutach przychodzi znudzenie.
Produkcja Irańczyka ma straszyć nakręcaniem wyobraźni obserwatora po przez naturalistyczną relację z nawiedzonego domu, lecz
ani to ziębi ani grzeje. Jako eksperyment stylistyczny też tego potraktować nie można, a i ocena z tego względu wyższa nie będzie.
Mieliśmy kilka zdecydowanie bardziej udanych “drgawek”.
Goemon
Japońska komputerowa siepanka, które z całym swym wizualnym pięknem(?) jest zbyt infantylna i nużąca by robić jakiekolwiek większe wrażenie.
Kiriya tworzy baśniową krainę, w której jednak ani na chwilę nie czuć duszy. Bohaterowie zaś też ciekawi nie są.
Po twórcy “Cassherna” spodziewałem się mimo wszystko znacznie więcej niż przydługawego teledysku.
Dorian Gray
Do bólu poprawna ekranizacja powieści Oskara Wilde’a absolutnie niczym nie zaskakuję, a czasami wręcz budzi śmieszność, zarówno aktorstwem jak i poziomem
technicznym całości. Jeśli w filmie Olivera Parker jest cokolwiek dobrego, to nie ma złudzeń, że nie jest to zasługa reżysera ani reszty ekipy
Oto co się dzieję, kiedy stara się być jednocześnie i nowoczesnym w wymowie i klasycznym w formie. Gdzieś tam resztkami sił Parker wplata ducha tonacji powieści, stadium
człowieka na dnie. Niestety, jest już za późno..
Balibo
Ładny niby to film, dojrzale nakręcony, ale wciąż tkwiący w ramce telewizyjnego, skromnego dziełka i ołtarzyka dla ofiar.
Byli nieźli aktorzy, była wspaniała muzyka, tylko człowieka zabrakło…
Ricky
Ozon szuka chyba wciąż nowych doświadczeń. I w sumie dobrze, ale tym razem poległ.
Jego nowy film jest niestety stratą czasu i mylnym tropem. Zamysł był dobry, lecz jak to przy orginalnych filmowcach bywa, nie wypalił.
Latające dziecko nie dostarcza ani miłej rozrywki, ani horyzontów nie poszerza.
Matka Ziemia
To nie zupełnie film, raczej jeden z wielu promatorów typu slow food, gdzie ruch ekologiczny wdziera się do kinematografii roszcząc sobie prawa do bycia “sztuką”.
De facto, nie trzeba nawet go oglądać, wystarczy poszperać w internecie, przeczytać ulotkę. To naprawdę lepsze niż marnowanie 80 minut na reklamówkę zdrowego stylu życia.
Garapa
O głodzie jedynie statystycznie i zbyt ogólnikowo. Jose Padilha nagrodzony niegdyś za “Elitarnych” zrobił film z odpowiednimi intencjami, pokazując nam jednak
postacie wyrwane z życia, którym trudno współczuć. To przez ich nieodpowiedzialność( głupotę? wychowanie?), ich los jest taki a nie inny.
A to już zupełnie wykracza poza obieraną tematykę, i mamy w zasadzie rzecz o niczym.
Ciekawy przypadek Benjamina Buttona
Nie powiem że początkowo owy film przypadł mi do gustu, a potem nagle zaczął mnie strasznie irytować.
Minstreamowe mądrości przekazywane przez Finchera, choć ubrane w magiczne szaty( technicznie- cudo), brzmią dziwnie znajomo i banalnie.
Wiem, że jest masa widzów którym najnowsze dzieło autora “Zodiaca” się podobało, ja jednak do nich nie należę.
Może za dużo Forresta za mało Buttona.
I to chyba by było na tyle, od razu wypada wspomnieć, że knotów typu “Dragon Ball – Evolution” nie brałem nawet pod uwagę.
Mam tu na myśli oczywiście filmy z którymi wiązałem dosyć spore nadzieję, a które bardzo mnie rozczarowały. Bywa.
Aktor
1.Christopher Waltz- Bękarty wojny
2.Nicholas Cage- Zły porucznik
3.Ivan Trojan- Bracia Karamazow
4.Mickey Rourke-Zapaśnik
5.Borys Szyc- Wojna polsko ruska
5.Milan Knazko-Normal
6.Sean Penn- Obywatel Milk
Aktorka
1.Emily Blunt- Młoda Victoria
2.Karolina Gruszka- Tlen
3.Charlotte Gainsbourg- Antychryst
4. Penelope Cruz- Vicky Cristina Barcelona
Scenariusze
Było w tym roku kilka doprawdy bardzo udanych skryptów i jeden mistrzowski,
Chodzi tu oczywiście o niemal stałego bywalca blogowych rankingów czyli…
1.Bękarty wojny
a po nim..
2.Biała wstążka
3.Moon
4.Zły porucznik
5.Dom zły
6.Fish Tank
7.Walc z Bashirem
8.Prorok
Reżyseria
O ile scenariusz czasem niekoniecznie się sprawował, to reżyser ratował sytuacje.
Tym razem nie będzie tu jednak zaskoczenia.
1.Bękarty wojny
Quentin Tarantino
2.Watchmen.Strażnicy
Zack Snyder
3.Moon
Duncan Jones
4.Biała wstążka
Michaele Haneke
5.Slumdog…
Danny Boyle
6.Yomigaeri no Chi
Toshiaki Toyoda
7.Normal
Julius Sevcik
8.Tlen
Ivan Vyrypayev
9.Prorok
Jaques Audiard
10.Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Niels Arden Oplev
Muzyka
Znowu napływ naprawdę prześwietnych nut, z których trudno wybrać coś konkretnego.
Jest za to garść pewniaków.
1.Moon
Clint Mansell
2.New Moon
V/A(Thom Yorke, Death Cub for Cutie..)
3.Kislorod(Tlen)
Aidar Gainullin
4.Yomigaeri no Chi(The Blood of Rebirth)
TwinTail
5.Inglorious Basterds
Ennio Morricone/V/A
6.Waltz with Bashir
Max Richter
7.Rewers
Włodek Pawlik
8.Watchmen
Tyler Bates/V/A
9.35 rhums
Tindersticks
Montaż
1.Bękarty wojny
2.Wojna polsko ruska
3.Slumdog…
4.Tlen
5.Prorok
6.Yomigaeri no Chi
7.Normal
8.Watchmen
9.Antychryst
10.Moje Winnipeg
1.Bękarty wojny
2.Wrogowie publiczni
3.Avatar
4.Watchmen
5.Moon
6.Biała wstążka
7.Afonia i pszczoły
8.9
TOP 10 najlepszych
I wreszcie, najlepsze filmy roku.
1. Bękarty wojny
Majstersztyk totalny i kapitalna zabawa w jednym. Dzieło Quentina Tarantino to idealna mieszanina, błyskotliwych dialogów, świetnej muzyki, aktorstwa..
Prawdziwie post modernistyczne cacko funkcjonujące na najprostszych instynktach, a tak nakręcone i przemyślane, że głowa mała.
2.Moon
Mimo wielu słów krytyki które padły na tej stronie już parę jakiś czas temu pod adresem produkcji Jonesa, muszę oddać mu honor.
To doprawdy znakomita rzecz oraz wielki powrót s-f za stery. Zaskakujący scenariusz, klaustrofobiczny klimat i muzyka Mansella budują film który śmiało
można nazwać wybitnym. I nie ma w tym cienia przesady.
3.Yomigaeri no Chi(The Blood of Rebirth)
Japońska perła, odkryta zaledwie kilka dni temu( rocznikowo 2009), to kino tak niesamowicie stylowe, energiczne i baśniowe, że twórcy z zachodu mogą tylko pozazdrościć takich tworów jak ten.
Opowieść o podróży mężczyzny i jego kochanki, ubrana w symbole, dziką, fantastyczną muzykę i liryczne obrazy. Zachwyt na całej linii
4.Watchmen
Cudowna ekranizacja noweli, która spełnia swoją rolę zarówno jako seria ruchomych kadrów, odwzorowań graficznych jak i osobna, niezależna historia z wielką amerykańską mitologią w tle( czołówka!).
Dzieło Snydera to przede wszystkim dziecko pasji do celuloidu oraz arcy genialnego komiksu.
Efekt powala.
5.Kislorod
Jestem w stanie zrozumieć krytykę odnośnie “Tlenu”, jak sam reżyser wyjaśnił ten film ma swój rytm i melodię, jeśli ktoś się w nią nie wczuje seans będzie udręką, jeśli jednak pokocha
tą teledyskową wizję to wciągnie ona go w całości. Tak też było ze mną, ale i chyba z dużą częścią widzów na “Nowych Horyzontach” o czym świadczyć może nagroda publiczności.
6.Limits of Control
Jarmush dosłownie i w przenośni. Mimo iż “Limits of Control” nie spotkało się z wielkim aplauzem, to kwintesencja stylu mistrza, ograniczona w dialogach, a jednak uniwersalna
rozprawa reżysera ze sztuką.
7.Los viajes del viento
Triumf w Cannes, słuszny zresztą, bo to cenne kino pobudzające zmysły. Choć dla Ciro Guerry, treść jest tu niby tylko pretekstem, fantastyczną przypowieścią, nie ma się w żadnym wypadku odczucia przerostu formy nad treścią.
Film karmi widza, pięknymi zdjęciami i muzyką, a i sama poruszana opowieść ma w sobie dużo z magii “Stu lat samotności” Marqueza.
8.Biała wstążka
Dziwnym trafem nie przeszkadza mi w “Białej..” ten jakże wspominany jako bolączka, Bergmanowski chłód. Jest on w zasadzie, częścią wybornie uknutej przez Haneke konstrukcji, która może tak jak w przypadku jego poprzednich filmów
nie szokuję, lecz zachwyca precyzją wykonania oraz wspaniałym pomyślunkiem. To jeden z tych filmów których się już dzisiaj praktycznie nie robi.
9.Zły porucznik
Herzog najwyraźniej powrócił do formy, choć nie jest to ten sam twórca sprzed lat. To zdaję się kino bardziej dosadne, choć wciąż na swój sposób prowokująco ironiczne( niemal jak “Woyzack”).
Lekkość z jaką Niemiec prowadzi swych bohaterów, sprowadza go do duszy dwudziestoparoletniego debiutanta, który właśnie napisał świeży, porządny scenariusz.
Tak też się czułem oglądając “Calls of New Orlean”, świeżo i z poczuciem jakości.
10.Dom zły
Utopiony w błocie i łajnie, pesymistyczny obraz Smarzowskiego to nie pierwszy w tym roku dowód na to, że Polak potrafi( i to jak).
Teatralnie rozegrany “Dom..” to film piekielny w pełnym tego słowa znaczeniu.
Po “Avatarze” czas wracać do kina ” z krwi i kości”, w którego to randze, o dziwo, pierwszy film nowego roku-
“Sherlock Holmes” radzi sobie nadzwyczaj dobrze.
Guy Ritchie zdmuchuje kurz i odświeża przestarzałego londyńskiego detektywa. Mimo niewątpliwie gotyckiego klimatu całości, Ritchie znów dał znać o sobie wzbogacając
obraz o charakterystyczny montaż, zresztą w asortymencie samego Sherlocka leżą efektowną błyskotki i wynalazki które aż proszą się o wymyślne zastosowanie na ekranie.
Scenariusz co prawda nie ma czasami wystarczającej biegłości w dialogach i potyczkach słownych( czasami brzmią one trochę sztywnie) gdyż muszą być one ściśnięte w ramach kontekstu oraz politycznej poprawności, nie mniej nie jest do końca wadą.
Wprowadza bowiem postać stworzoną przez Doyle na poziom intelektualnego widowiska jak za starych dobrych lat.
Znakomita atmosfera brudu angielskich ulic podtrzymywana dzięki świetnej scenografii i jak to określił “milczący” dzikiej muzyce Hansa Zimmera wprowadza widza w nieco inną przestrzeń.
Jakimś cudem, Ritchiemu, wcześniej znanemu głównie z sympatyzowania z komiksowymi gangsterami udaję się zachować równowagę pomiędzy formą a treścią, gdzie scenariusz stawiający za pewniak teorie spiskową oraz genialność tytułowego bohatera mógłby się zamienić w piramidalną bzdurę.
Tak się jednak nie staję, i “Holmes” wychodzi obronną ręką z zarzutów stawianych niegdyś “Van Helsingowi” będącego nieskładną mieszaniną mitów i literackich odniesień.
Jest to zatem całkiem miło odmiana, a i rozrywka na najwyższym poziomie, co przy takim składzie profesjonalistów( wystarczy wspomnieć nazwiska) nie powinno dziwić.
Cameron dużo obiecywał i słowa dotrzymał. Takiego filmu jeszcze nie było i jestem wielce ciekaw, któremu śmiałkowi uda się( i kiedy?) pobić wizualnie “Avatara”. Można niby rzec, że jeszcze ponad miesiąc temu podobne wrażenie robiła apokalipsa Emmericha, jednak obraz twórcy “Titanica”, wkracza w inny kontekst.
Wspominane już przez zagranicznych recenzentów, aluzje polityczne włożone w scenariusz, tworzą nie nachalny przekrój właściwie dziejów ludzkości od początku naszego istnienia. Wszyscy chyba spodziewali się, od Jamesa proekologicznej baśni,ale nikt nie sądził, że będzie ona nasilona aż takim dramatyzmem. Paradoksalnie film o niebieskich stworkach, na którego punkcie szaleją obecnie kinomaniacy( i który obwołali “najzajebistszym arcydziełem XXI w.”), ma kilka solidnych mankamentów, których obawiam się nie zakryje żadna głębia 3D. Mówię tu oczywiście o samym skrypcie, który nie zaskakuję ani trochę, ale który w całej swej jakże dobitnej puencie jest całkiem przekonujący. Można by oszczędzić tu sobie co prawda, banalnych tekstów i wzniosłych przemówień, ale jako, że wpisują się one w prawa konwencji, zwyczajnie je przemilczę. Mamy do czynienia w końcu, z niebywałą, zapowiadaną od 12 lat miazgą. W ogóle po raz pierwszy, czuję się tym natłokiem wrażeń, kolorów, obrazów i dźwięków ostro przytłoczony i to tak, że przez 2 godziny od zakończenia seansu nie mogę dojść do siebie. Czuję się wręcz przesycony, ale warto się z pewnością takiej podróży na Pandorę poddać. W budowaniu klimatu, pięknej, bogatej w złoża rozchwytywanego surowca planety, pełnej dzikich, ultra techno barwnych roślin pomaga muzyka Hornera. To chyba największe zaskoczenie w całym tym widowisku, gdyż słuchając jej przed obejrzeniem, wcale się nią nie zachwyciłem, natomiast podczas seansu zwróciła moją uwagę szczególnie. Szkoda jedynie, że do zestawu indiańskich piszczałek w instrumentarium dołączają się nie kiedy fale kalorycznego, tłustego patosu, i uwaga, co najgorsze..koszmarnie popowa Lewis ze swoim “I see you”. Jeśli Cameron tym krokiem, chciał zniechęcić potencjalnych widzów do swojego dzieła to mu się to udało. Ostatecznie, zbombardowany od środka wymyślną wizją Pandory, czuję, że chcę do niej powracać, choć nie wiem jak odbiorę ten film za parę miesięcy, kiedy pojawi się na nośniku dvd. Cudowna wędrówka, do wykreowanego świata porywa tu swoją magią, i jednocześnie podobnie jak Tarantino, choć w zupełnie odmienny sposób celebruje magię kina, tym razem kąśliwego, rodzinnego mainstreamu. Wybaczam zatem wszystkie pisane potknięcia, i w jakiś przedziwny sposób ulegam urokowi tej krainy, mając nadzieję, że nie jest to jedynie złudzenie podbudowane prostą, ale robiącą wrażenie opowieścią. “Co im damy?”- mówi Jake w jednej z bodaj najważniejszych scen całej produkcji, piwo light? jeansy? oni ich nie chcą, chcą swoje ziemie…”
“Mikołajek” żyję na papierze od 50-lat i wydaję się, że ma się całkiem dobrze. Goscinny i Sempé stworzyli bohatera, który chyba niezmiennie od czasów będzie bawił i poruszał. Przeniesiony na ekran, może czuć się z początku nieco niemrawo, ale po jakimś czasie odzyskuję swoją żwawość stając się elementem krainy dziecięcości- słodkich zapachów, wygłupów oraz wspaniałej nieodpowiedzialności.
Jakkolwiek naiwny może się wydawać nasz Nicolas, jest on postacią literacko nadzwyczaj dojrzałą, kreowaną z głową i dystansem. Tirard równie jak twórcy pierwowzoru, nawet w obliczu wielkich kłopotów nabija swojego wybrańca cechami dzięki którym polubi go każdy. Czy to zatem doprowadzi on do ogromnego zamieszania na Paryskich ulicach, czy to zniszczy mieszkanie rodziców widzowie zawsze będą z nim sympatyzować.
Obraz reżysera “Zakochanego Moliera” jest trochę nierówny, ale ogląda się go z doprawdy wielką przyjemnością. Odpowiada za to odpowiednio uknuty klimat i komizm sytuacyjny. Wedle pierwotnego zamysłu, Tirard miesza abstrakcyjny humor, ze sporą dawką slapsticku- nie odchodzi jednak ani na krok od swojego domyślnego, głównego odbiorcy-dziecka. Pokazuję w ten sposób, że takich film jak ten już się niemal nie robi. Filmów w całości poświęconych malcom, ale jednocześnie nie infantylnych, nie traktujących ich jak idiotów. To zdaję się najlepsza rzecz z tej kategori od czasu Burtonowskiej Fabryki Czekolady. Francuz stara się unikać tematów nie zrozumiałych czy kontrowersyjnych dla swojego widza, nie znajdziemy więc tu brutalności, ale kilka aluzji świadczących o wejściu do sekretnego świata dorosłych. Mimo to dla Mikołajka i jego kolegów, jest to wciąż zaledwie uchylona furtka, której nie pojmuję, ale którą przyjmuję z akceptacją stanu rzeczy. Póki co jego największym problemem jest, nie danie się owładnięcia gorączce nadchodzącego braciszka, który niebawem ma się pojawić w domu… Sprawa niby poważna i taki też obrót przyjmuję, lecz wciąż nacechowaną nieokiełznaną wyobrażeniem o okrutnym porzuceniu. Goscinny widzi w tym ukrytą winę ludowych baśni, odrzuca koszmarność braci Grimm, na rzecz kolorowego światka. Co jak co, ale nasz przyjaciel, nawet stąpając po drodze usłanej różami, musi liczyć się z pewnymi konsekwencjami swoich wybryków. Własną moralność też ma, a zatem nie potrzebuję ostatecznie wyśpiewywać pod koniec puenty. Nauka z ekranu płynie sama, czas jest to zaś spędzony miło i przyjemnie. Czego chcieć więcej?
Cóż poradzić, gdyż owy serial zawładnął mną totalnie. Oczywiście jest kilka kwestii irytujących, głównie związanych z samą główną bohaterką, ale przy całokształcie nie warto o nich wspominać.
Od czasu “Twin Peaks” nie widziałem równie wciągającego i mistrzowsko poprowadzonego dzieła telewizyjnego. O ile zatem oglądanie “Miasteczka..” było wręcz przeżyciem mistycznym, tak “True Blood” jest piekielnie dobrą rozrywką.
Wreszcie powstał film który nie traktuję tematyki wampiryzmu po bożemu. Co więcej, w drugim sezonie chociażby pole postaci znacznie się powiększa.( warto przeczekać pierwsze odcinki początkowo i da się porwać)
Scenarzysta zadbał jednak, aby każda z nich miała odpowiednią wyrazistość.
Na przemian, klimatycznym opowieścią towarzyszą nam więc rozmówki zwyczajnych mieszkańców- Ball pod tym względem kreśli portret małej społeczności, bardzo podobny do tego Lyncha, ale nie kopiuje go.
Udaję mu się jednak stworzyć fenomen funkconujący na równie z hitem sprzed 20 lat, ale mający inny wartość.
HBO jak zwykle nie unika tu kontrowersji. Wyśmiana zostaję przez twórcę “American Beauty” wielka religijność na przykładzie czegoś w rodzaju “Armii Boga”. Wraz z ujawnieniem się wampirów, pojawiają się i głosy sprzeciwu wokół twarzy kościoła.
Ci próbują manipulować tłumami i w istocie trafiają na młodego mężczyznę, niezwykle podatnego na ich sugestie…
Tak w jakiś sposób, “True..” rozwija się z odcinka na odcinek, stając sie bardziej ciekawszym, nie ukrywając jednocześnie, że bazuję na gotowcach.
Ta wyjątkowo odważna, przepełniona seksem seria jest zdaję się jest jednym z największych osiągnięć małego ekranu jakie dotąd powstały.
Zapomnijcie o błahych, głupiutkich “Zagubionych”, “Skazanym na śmierć” czy nawet “Dr.Housie”( swoją drogą przeciągniętym już chyba do granic możliwosci).
“Czysta krew” to nowa jakość serialu.
Wzięło się panie Barber to i owo od “Gran Torino”. Geriatryczna zemsta ostatnio jest jak najbardziej w modzie, co “Harry Brown” potwierdza, bo kto
inny zaprowadzi z tym światem porządek jak nie hardy staruszek…
Nie mam pojęcie skąd te okrzyki o wybitności dzieła debiutującego Anglika, gdyby jego film choć na chwile odchodził od wpiętych schematów, może i byśmy otrzymali produkcje całkiem wysokiej klasy.
Nie zmienia to jednak faktu, że na poziomie podstawowym, to rzecz bardzo przyjemna w odbiorze i sprawnie poprowadzona, choć jak wspominałem wtórna.
Całości z pewnością pomaga Caine- jego kreacja może być na pierwszy rzut trochę irytująca, ale na ekranie działa.
To człowiek dwuznaczny- wrażliwy i bezlitosny zarazem dla oprawców swego przyjaciela, ale co kolwiek robi wierzymy mu i chociaż po części popieramy.
Przynajmniej tu na celuidowej taśmie na którą resztkami sił reżyser próbuję wepchnąć poczucie obyczajowego niepokoju spowodowanego wybuchem miasteczkowego podziemia, ulicznych gangów, grupek nie takich znowusz obcych samym Polakom.
Niezwykły za to okazuję sie punkt wyjściowy- oto rusza machinalny wręcz chaos, szkoda, że jest on jedynie czynnikiem z góry zaplanowanej gry- z brutalnością i całym asortymentem społecznych przesłanek.
Wydawało się, że Werner Herzog się skończył, a jednak “Zły porucznik” bazujący na postaci powołanej do życia przez Abla Ferrere jest ogromnie pozytywnym zaskoczeniem i jednym z najciekawszych filmów w tym roku.
Zdeprawowany do reszty glina, zmienia twarz Harveya Keitela na Nicholasa Cage’a, ale mimo ostatnich niepowodzeń tego drugiego jest to posunięcie w zupełności trafne.
Nie wiem jakim cudem, ale aktor ten u twórcy “Fitzgarraldo” porzuca( całe szczęście) swoją pozycję drzewa i tworzy równie fascynującą co sam obraz kreacje.
W zasadzie, zresztą nie tylko bratanek Francisa Copolli tu błyszczy. Eva Mendes będąca wcześniej ozdóbką, także znakomicie sprawdza się w swojej roli.
Jest wulgarna, nieco szalona( tak jak i “porucznik”), ale na swój sposób urocza.
Czemu tylę o Cage’u? Gdyż on sam odgrywa tu niebagatelną wagę.
Na nim opiera się cała produkcja, to on przenosi rozchwiane stany emocjonalne swojego bohatera na ekran, tak, że perfekcyjnie malują się na jego twarzy.
Ciekawe, bo w samej konstrukcji nowa wizja Herzoga to rzecz niezwykle skromna, zaczynająca się niemal jak pilot jakiegoś serialu.
Całą kameralność, teatralność przedsięwzięcia rekomensuję jego znakomity, czasem ironiczny(!) scenariusz wpięty w komiksowy klimat mrocznego Nowego Orleanu(i słyszalne, nieodłączne temu miastu dźwięki Jazzu), gdzie
po huraganowa atmosfera rodzi co raz to głębszą traumę wśród miejscowej ludności oraz wzbudza niepokój, co reżyser zdaję się doskonale zarysowywać.
Częstokroć Herzog ociera sie tu wręcz o arcydzieło, choć po seansie pozostaję niestety niedosyt.
Nie dziwią zatem wyróżnienia i pochwały pod adresem “Port of Call..”, dziwi za to fakt iż u nas po tym filmie jeszcze ani widu ani słychu.
Coelho to mistyk na zamówienie, co jest zarazem jego przekleństwem jak i świetnością.
Nie odnajduję w jego powieściach życiowych mądrości czy chociażby zwykłej czytelniczej satysfakcji, nie mniej jak widać
sprzedają się one znakomicie, wierzę zatem iż w tym bagnie uproszczeń oraz banałów istnieję radość ludu licząca się bardziej
niż jakość i biadolenie krytyków.
“Weronika postanawia umrzeć” to już druga pozycyjnie próba przeniesienia prozy Brazylijczyka na ekran. Nie jest to rzecz jasna dzieło godne odnotowania
w historii, ale przykład tego jak za fasadą artystowskich zdjęć, montażu i muzyki można ukryć niedoskonałości orginału bijące po oczach podczas czytania.
Nowością nie będzie, jeśli napiszę, że warstwa fabularna osiada tu na mieliźnie, a może bardziej ani ziębi ani grzeje.
Cały ładunek emocjonalny zostaję przerzucony na techniczną stronę i to ona w gruncie rzeczy odpowiada za taką a nie inną ocenę całokształtu.
Emily Young spisała się dobrze w swej roli- zrobiła film bardzo delikatny, który scenariuszowo się nie broni( co nie jest jednak jej winą), ale daję chwilowy oddech widzowi.
Posługując się zbliżeniami, Angielka stosuję się do reguł amerykańskiego kina offowego.
Łagodne barwy, rozmazania połączone z dźwiękami czy to klasycznymi czy to utworami już publiczności zapewne znanymi oddziałują dużo bardziej na obserwatora niż sama opowiastka.
Widoczna również jest zmiana tonacji obrazu, która się udziela. Początkowo dosyć przygnębiającego, osadzonego w świecie dużych korporacji filmu “Weronika..”, końcowo rozwija się jako rzecz dojrzała i inspirująca, unikając przy tym lukru.
Sporo jak na ekranizacje pocieszycielskiego bestsellera, ale jeszcze za mało jak na pełnoprawnie udaną produkcję.