Drawing Restraint 9 ***

Pan Barney znów wydał plony czego dowodem mogła by być laurka dla związku z Bjork- wspólne i jak na tą parę przystało, dziwne dzieło.
Gdyby jednak spojrzeć na nie w obliczu wszystkich innych zabaw wizualnych tego artysty okazało by się, że “Drawning Restraint 9″ znowuż takie wykręcony nie jest.
Jeżeli  się zatem przyjmie koncepcję i podda się w ruch wraz z niewątpliwie pięknymi, wyestetyzowanymi wizjami Barneya to może się ten film spodobać.
Z innej strony-nie ma on ani ładu ani składu.
Właściwie całe ponad 2 godziny to przygotowywania do mistycznej podróży, rytułał, ceremonia zmieniania się w wieloryby…
Niby “Ars gratia artis”, ale samo w sobie jest to okazałe i w sumie bezpretensjonalne, może po przez znakomicie dobraną ścieżkę dźwiękową mroźnej damy Islandii.
Pojawiają się tu przeróżne brzmienia, gatunki które w kontekście tła pasują jak ulał. Cóż lecz począć, kiedy cały film wydaję się tłem, kolejną umiejętną zagrywką ulubieńca “Nowych horyzontów”.
Barney nie dorósł, wciąż chyba kocha siebie oraz swoje “dzieci” tak bardzo, że nawet do pewnego czasu uznawał zacisze domowe za niegodne oglądania w nim swoich popisów.
Ulegając presją, a może i miłości stworzył film który funkcjonuję na jednej płaszczyźnie i jednocześnie dalej jest obrazem z gatunku tych które reżyserzy tworzą dla samych siebie.
Ale przystopował. Nie znajdziemy tu wydumanych, kosmicznych symboli  które on jeden tylko rozumie.
Znajdziemy za to przykład lirycznej pieśni, odświeżającej, i prawdę mówiąc dosyć lekkiej w odbiorze.
Nie ma w tym fałszu,a to już coś.
Jeżeli czujecie się przygniecieni  monotnią i wtórnością współczesnego kina- dla was jest ten film.
Nie starajcie się go zrozumieć, bo i tak to nic nie da.
Sam Barney zapewne go nie rozumie, ale w tym bezsensie jest metoda.

Opublikowane w:  on listopad 25, 2009 at 5:34 pm Dodaj komentarz

Saga “Zmierzch”: Księżyc w nowiu ****

Zapewne gdyby nie prze genialny soundtrack do ekranizacji kolejnej części “Zmierzchu”, nigdy bym się nie pojawił na sali szturmowanej przez nastoletnie fanki, jęczące “Och, Edward”. A jednak, mimo wszelkich nie do końca pozytywnych znaków na niebie i ziemi, udałem się jednak do kina, po części spodziewając się najgorszego. Teraz, po seansie, trudno mi zrozumieć większość zarzutów odnoszących się co do “Księżyca w nowiu”.

Tym co widać na pierwszy rzut oka, jest to,że Sadzę na dobre wyszła zmiana reżysera. Dzieło Hardwicke w porównaniu do filmu Weitza jest tak smętne i bezosobowe, że biję po oczach. W romansie, twórcy “Złotego Kompasu” wszystko zostało poprowadzone w miarę należycie. dzięki czemu nawet najbanalniejsze kwestie padające z ust bohaterów nie przybierają rangi irytujących i kiczowatych. Weitzowi udała się rzecz trudna- po raz pierwszy widać jak “Zmierzch” przemienia się w samodzielną i ciekawą opowieść,a nie jest jedynie marnym cieniem. To mocny kop dla sceptyków, w tym także dla mnie, którzy nie wierzyli, że z wielce uproszczonego czytadła można wykrzesać odpowiednią dozę emocji. Z opowieści o pięknych krwiopijcach, “New moon” przeistacza się w kino o dylematach młodego człowieka, towarzysząca im depresja spowodowana utratą ukochanego staję się osią dla dokonywanych wyborów i wątpliwości nad ich słusznością. W drugiej połowie- tej skupiającej się na warstwie fantastycznej, film również radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Dużo magii, dodaję tu odpowiednia kolorystyka i bujna roślinność okolic Portland(granica z Kanadą). Same sekwencje dynamiczne,opierają się na sprawnym montażu i odpowiednio dobranej muzyce( chociażby świetna scena z Victorią, w tle z “Hearing Damage” ). Są jednak i minusy w tej wspaniałości. Film sprawia rozciągniętego i źle podzielonego na akcenty, niektóre wątki  się urywają i właściwie nie wiadomo co z nich tak naprawdę wynika.  Kluczowe błędy reżysera, wspomina się o dziwo bez szwanku,to na szczęście mały zalążek, który oceny znacząco nie psuję, a i daję nadzieję, że sama seria będzie piąć się ku górze.

Opublikowane w:  on listopad 21, 2009 at 11:44 pm Komentarze (6)

Rewers ****

Sala pęka w szwach. Oto zaczyna się rzekomo “Najlepszy polski film roku”, “Najlepszy debiut”, “Kandydat do Oskara”… itd, itp.
Nic z tych rzeczy. “Rewers” choć rozpoczyna się wielce interesująco i skutecznie wtłacza w klimat powojennej Warszawy( tu kłaniam się Władkowi Pawlikowi za wyśminitą muzykę oraz Marcinowi Koszałce za zdjęcia), to jest
nierównomierny w dozowaniu napięcia i rzutności gatunkowej.
Stopniowo lekka komedyjka o 3 pokoleniach kobiet i ich zmaganiach w trudnym świecie pozbawionym porządnych mężczyzn przekształca się w kryminalną historię o przeszłości i przyszłości, o świecie teraz a dziś, i wreszcie o odpowiednio czynach i ich konsekwencjach.
Humor miły, czasem abstrakcyjny wydaję się nie do końca współmierny z sytuacją. Bohaterka zostaję zgwałcona, a połowa sali rży.
Może to już osobista prośba do widowni która i tak jakiś czas temu straciła już poczucie wszelkiej kultury, ale też to jakieś dziwne lawirowanie, pomiędzy nastrojami.
Lankosz odsłania karty, nie ma określnych  barw, nie ma określonych granic. Czasy Stalinizmu zostają wyrzutę z poczucie wielkiego patriotyzmu- autor patrzy na postacie jak na zwyczajnych ludzi.
Każdy z nich musiał sobie jakoś radzić, każdy musiał kłamać czy milczeć by zachować życie czy spokój.
Po latach docenia to Sabina, która w swoim oprawcy, dawcy “diabelskiego nasienia” nieoczekiwanie znajduję  również i zbawcę, wielką miłość.
Szkoda, że ten tak zapowiadany, drugi, współczesny plan dzieję się jakby z boku. Zostaję ledwie maźnięty.
Nadchodzą napisy końcowe i pytam się- to już? Tylko tyle?
W istocie Lankosz buduję nową jakość w polskim kinie, powraca też trochę do tej starej szkoły mistrzów, nieco zapomnianej oraz wyklętej.
Prawi również całkiem dobrze, ale też nie udaję mu się wystarczająco uciec przed banałem. Staję trochę w pół drogi.
Pomiędzy odkryciem a przeciętnością.

EDIT- Chyba trzeba będzie się jednak przyzwyczaić, że zdanie zmieniam bardzo szybko. Poraz kolejny zresztą otrzymałem również film który wychodzi na przeciw moim oczekiwaniom. Jak wspominał Dziarski, nie jest to stricte komedia, ale też nie dramat( może dlatego początkowo budzi mieszane uczucia). Czym więc jest “Rewers”? Z pewnością, obrazem godnym obejrzenia. Tylę w tej kwesti.

Opublikowane w:  on listopad 8, 2009 at 10:01 am Komentarze (7)

Angel-a ****

Luc Besson po serii mało zabowiązujących , efekciarskich produkcji powrócił za stery kina, może nie tylę wybitnie ambitnego, co raczej eleganckiego i zwyczajnie ładnego.
To zresztą dobre określenia, przylegające do “Angeli”, ponieważ niewiele oprócz tej tzw” elegancji” w owym tytule znajdziemy.
Perfekcyjne zdjęcia i klimat to największe plusy, tej bądź, co bądź średniej, acz pozytywnej opowieści o spotkaniu nieudacznika z aniołem.
Bessonowi ciąglę pozostała naleciałość z serii “Taxi”- pisania przerysowanych tekstów, pozbawionych większego nasilenia emocjonalnego.
To zawód, tym bardziej,iż “Angel-a” z dużą odwagą i śmiałością prtenduję do miana nowej “Amelii”, co oczywiście się niestety nie udaję.
Klimaty może całkiem zbieżne, ale poziomem obraz reżysera “Leona” dzielą lata śmietlne od Jeuneta.
Klasyfikacyjnie, za to to wciąż porządna rzecz, szkoda, że tak strasznie nierówna.
Wypada jednak poświęcić kawałek odtwórczyni roli samej Angeli- ta kobieta, to rzeczywiście anioł, dosłownie i w przenośni.
Dołączam się do zachwytów nie tylko nad jej urodą, ale i samą postacią.
Wspaniała.
Co zaś się tyczy Debbouze’a- wykonał odpowiednio powierzone mu zadanie, choć z całym szacunkiem, zauważułem, że nie ma w jego filmografii szczególnej różnorodności.
Ilekroć go widzę na ekranie, dla mnie to ten sam typ. Nie ważne czy we wspomnianej wcześniej “Amelii” czy “Asterixie…”, Jamel przybiera formę szaraka, wyklętego, choć całkiem sympatycznego gościa.
Może dlatego tak wielu go ceni.
Muzyka gdzieś tam w tle się pojawia, lecz zauważalna jest dopiero osobno.co ciekawe utwór promujący wykonuję córka Jana Garbarka, naszego rodaka- Anja.
Jej głos dobrze wtacza się w tą otoczkę, zaczerpniętą z noir, magicznych uliczek, latarni…no i samego Paryża jako współczynnego bohatera całego filmu.
Ktoś zresztą pisałem o podobieństwie “Angeli” do “Nieba nad Berlinem” Wendersa i jest to uwaga nader trafna, lecz nie psująca wciąż dosyć solidnej całości.
I nie mam już co się czepiać- to po prostu “fajna” rzecz.

Opublikowane w:  on listopad 6, 2009 at 2:48 pm Komentarze (2)

Życie na podsłuchu ******

Menetheris poleca

Długo zwlekałem z obejrzeniem “Życia na podsłuchu”. Zupełnie niepotrzebnie.
Dziwna to sprawa, bo mniej więcej do połowy seansu byłem odporny na wszelkie zachwyty pod adresem owego filmu, ot co dobrze wykonana robota.
Ale ten epilog…
Florian Henckel von Donnersmarck zrobił dzieło mistrzowskie, wymykające się utartym schematą i jednocześnie na nich bazujące. Ta doskonała przewrotka zyskuję na wartości dopiero
w momencie kulminacyjnym- aktualne dzieje tej historii dają jej nową twarz, uwznieślają oraz zakończają ją w pełni.
Kiedy wydaję się, że okres wzajemnych ciągłych oskarżeń wciąż jest w toku( a przynajmniej miało to miejsce jeszcze rok temu),Donnersmarck stara się nie tylę usprawiedliwiać co pokazywać oblicza człowieka- istoty
która nie jest zaprogramowanym, bezkształtnym organizmem na który nic nie oddziałuję.
Gerd jest przykładem jednostki która zbuntowała się przeciw systemowi  w akcie pomocy- ta niewidoczna przyjaźń, uwieńczona będzie
niby małym, a znaczącym gestem.
Każda postać,ma tu odpowiedni zarys- to film rozliczeniowy, ale nie wyrzutowy, pozbawiony jakiejkolwiek namacalnej nienawiści czy negatywnego ładunku.
Patrzący na wszystko jednolitą miarą, ale wyzwalający się spod ucisku banalizacji czy zawężania do perspektywy- dobry/ zły.
Autor nie ocenia, nie komentuję, tylko przypatruję się i pokazuję cały przebieg sytuacji, ale w taki sposób, że ogląda się to niczym na szpilkach.
Brawo!( i fanfary na cześć ;)

Opublikowane w:  on październik 30, 2009 at 2:10 pm Komentarze (5)

Potem/Afterwards ****

Menetheris poleca

Ciekawy to film, ważny to film, a także, a może przede wszystkim imponujący przykład tego jak
z pozornego “pocieszacza” wyskoczyć może mała perła gatunku.
“Potem” wydaję się być dziełem początkowo, banalnym, sprzedającym oczywiste oczywistości, idącym w niebezpieczną stronę
produktu wywiązującego się z ruchu “New Age”- mistycznych i bogatych. Błąd. Wraz z rozwojem wydarzeń, historia opisana niegdyś na kartach powieści Musso nabiera innego znaczenia.Pięknie dobrana w środki-zyskuję na ostrości przekazu i jego oddziaływaniu na widza.To obraz głęboko humanistyczny, pełen pozytywnej myśli, zaś podejmujący przecież wcale nie taki łatwy temat, otoczkę śmierci.

Nie będzie kolejnych “33 scen z życia”, nie będzie głębokiej spowiedzi. Bourdos  otwiera jajko niespodziankę- jest w niej świeżość oddechu i pomysłowość.Jest jakże, normalna, prosta mądrość po przez którą obraz ten unika tanich sentymentów niczym ognia.Jest wreszcie atom jakiejś spójności scenariusza z ekranem- niebywała, kojąca słuch muzyka Alexandra Desplate’a. Można zresztą nawet zaryzykować stwierdzenie, że reżyser posuwa się zdecydowanie o parę kroków do przodu od cenionej uczennicy Almodovara – Isabell Coixet.Hiszpanka potrafi operować nastrojem tak aby wprowadzić obserwatora w stan niemal hibernacji, jednak kuluję u niej zupełnie co innego, dzięki czemu szybko zamienia subtelność w obojętność.W “Afterwards” taka rzecz nie ma ani na chwilę miejsca. Autor wyważa prawdopodobieństwo, zachowując odpowiednie granice wrażliwości filmowej przypowieści( nie mylić z dramatyzowaniem). Szczególnie należy zwrócić uwagę na postać graną przez Malkovicha, która mogłaby w nieodpowiednich rękach szybko stać się następcą bohaterów “Dotyku Anioła”.
Na koniec pozostaję mi jedynie podkreślić żal wywołany, zupełnym przejściem obok tego doprawdy niezwykłego filmu.
Polecam go obejrzeć każdemu. Może otworzyć oczy, na kilka istotnych spraw…

Opublikowane w:  on październik 28, 2009 at 9:16 pm Komentarze (5)

Pali się, moja panno ***

Za cholerę nie potrafię tego filmu rozszyfrować i zahodzę w głowę co też chciał mi nim przekazać sławetny Forman.
Żeby było jasne- “Hori ma panenko” w rzeczywistości trudno zakwalifikować do komedii , a jeżeli nią jest to widocznie operuję jakimś niezwykle abstrakcyjnym
humorem- dla mnie “ha, ha”, nie ma to w sobie nic z późniejszych czeskich mistrzów absurdu.
To co trzyma głównie owy tytuł to klimat- za oknem pruszy śnieg, zaś panowie strażacy przygotowują się do balu, z czego rzecz jasna wynika wielki chaos.
W całej tej krzątaninie, nagle wybucha pożar- to gwałtowny przebłysk nadzei na jaką kolwiek większą “rozrywkę”.
Dom płonie, wszyscy się jednoczą w bólu, ale…przecież bal nadal trwa.
Czyżby te okrutne zgliszcza, pokazane w chłodnych barwach wyjęte pod niemal groteskowy końcowo kontekst miały być zapowiedzią Praskiej wiosny?
Powstałe w 1967( czyli rok przed głośną inwazją) “Pali się moja panno” balansuję na niebezpiecznej granicy komedii( choć jak wspominałem baardzo specyficznej) i dramatu, co jakiś czas przechodząc, choć nieco nierówno z jednego w drugie.
Oglądało by się to całkiem znośnie, gdyby nie pewien dyskomfort który buduję u widza Forman, nie ma on jednak nic wspólnego z jakimś wyznaczaniem nowych barier czy trendów, lecz istotnie w historii czeskiego kina po tym dziele, tak się właśnie stało.
Film jako słodko-gorzką krytykę małomiasteczkowości i obłudy może przełknę z niemrawą miną, ale jestem w stanie docenić kunszt realizatorski jakim twórca się wykazał.
Doliczając do tego obsadę naturszczyków, mamy ciekawostkę filmową jak znalazł. Szkoda, że zaledwie ciekawostkę.

To sprawozdanie może się wydwać pełne sprzeczności, ale taki też jest ten obraz, może chociażby dlatego trzeba się przekonać samemu o jego zawartości.

Opublikowane w:  on październik 25, 2009 at 10:01 pm Dodaj komentarz

Paranormal Activity **

Symfonia nawiedzonego domostwa

Już widzę Orena Pelima który zaciera rączki na pieniądzę, za swe debiutanckie dzieło.
Kolejny reżyser któremu udało się nabić widzów( przynajmniej niektórych) w butelkę.
“Paranormal Activity” bazuję konkretnie raczej na tym co nie pokazane, a przyjmuję formę wydłużonego amatorskiego filmiku z youtube. Uwielbiam doprawdy tak czekać i czekać, aż domniemana rewelacja mnie przerazi, zaskoczy, zachwyci, ale i w tym przypadku nic się takiego nie dzieję.
Ktoś jęczy, ktoś stuka, zostawia ślady i niby to wszystko całkiem realne, problem w tym, że to nie jest obraz “kinowy”.
To marketingowa anegdotka, kontynuacja sławetnego projektu Sancheza- tamten miał jeszcze w sobie pewną świeżość, tu pozostaję wielki niedosyt.
fabuła przedstawia się tak- chodzą, rozmawiają o pierdółkach, śpią, krzyczą, obejmują się, chodzą, rozmawiają o pierdółkach, śpią, krzyczą, obejmują się… do tego 80-minutowy replay, i relacje z życia
przeciętnego amerykanina mamy z główki.
Przyjąłem z otwartymi ramionami “Blair Witch Project”, przyjąłem “Projekt: Monster”, ale tym razem mam już trzęsącej się kamery serdecznie dosyć.
To jak wtórna sztuczka iluzjonisty-kuglarza. Niezadowalająca i tandetna.

Opublikowane w:  on październik 22, 2009 at 4:15 pm Komentarze (4)

Janosik.Prawdziwa historia ****

Nie rozumiem zupełnie, o co chodzi polskim widzom i krytykom w przypadku tego tytułu.
Czy oby Holland nadepnęła na odcisk naszej Polskości burząc mit Perepeczki i zastępując go metroseksualnym, żrącym trawę Jirackiem?
Pojęcia nie mam, jednak widać, że sam film przerasta oczekiwania widowni, widowni która oczekuje spektakularnych pojedynków, a dostaję obraz młodego chłopaka
na skraju wyczerpania.
Obydwie panie bardzo dobrze zarysowały tytułową postać, sprawnie również wywiązuje się z powierzonej mu roli sam Czech. Irytować mogą nieco wstawki oniryczno-mistyczne, nie mniej i one
tworzą ciekawe uzupełnienie filmu jako konstrukcji, która wychodzi na przeciw.
Podczas gdy wydawać się może iż pod “Janosikiem” kryją się jedynie gonitwy i zabawy młodzieniaszka-sławetna Polska reżyserka i jej córka tworzą historię która sięga źródeł w psychologii, jednocześnie nie będąc nudziarskim smętem.
To sporo jak na kino powszechnie wciąż rozrywkowe, pozostające na pograniczu przepychu dekoracji a jakąkolwiek głębszą treścią.
Produkcja ta mimo, niby wybitnie literackiej płynności nie wpada na ekranie w fabularne dołki, wszystko jest na swoim miejscu, a im bliżej końcówki tym bardziej widać tą świeżość oraz plastyczność języka jaką ten obraz emanuję.
Podczas seansu czułem czasem niemałe dłużyzny, jednak patrząc już po całym zajściu, stwierdzam że było to w miarę spójne, i potrzebne.
Co więcej, czerpałem ogromną przyjemność z klimatu jaki budują tu zdjęcia czy muzyka.
Przypomniał mi się, choć może nad wyrost, jeden z moich ulubionych filmów “Nosferatu-wampir” Herzoga. Tam również atmosfera była powiązana z niezwykłymi widokami czy dźwiękami.
To śmiem twierdzić zresztą największy skarb kinematografii, wtłoczenie się w epokę i świat bohaterów, co z niebywałą gracją dzieję się w “Prawdziwej historii”.
Wreszcie doczekaliśmy się zatem ludowej baśni, może nieco idącej na jedno kopyto, ale jako zupki błyskawicznej pasującej bardzo dobrze co do zniechęcenia jakie powodowały liczne krytyczne głosy pod adresem tego tworu.
Cudowna miksturka od górali? Kupuję to, z pełną świadomością i wiedzą, ze nie zostałem oszukany tym razem przez marketingowców.
Wspaniałe odczucie.

Opublikowane w:  on październik 17, 2009 at 9:50 pm Komentarze (3)

Solaris(2002) ****

Przyznam szczerze, że uwiódł mnie ten film i do tego stopnia, że zaczynam przeżywać kolejno fasynację dziełami s-f.
I choć Soderbergh znacznie odchodzi od historii Lemowskiej, a raczej koncentruję się na jednym punkcie i na nim rysuję swoją własną opowieść, to mi to zupełnie nie przeszkadzało.
Twórca trylogii “Oceana” zahopnoztyzował mnie serią obrazów przewijających się przez ekran, tworzących wraz z muzyką Martineza niemal harmonijną całość.
Podobną próbę podjęto w “Sunshine” jak ta nie współigrała z dosyć banalną treścią( a szkoda).
Film ten jest skrojony, kameralny wręcz, osadzony w klaustrofobicznych przestrzeniach świata w którym wiecznie pada.
Zupełnie jak w późniejszych “Ludzkich dzieciach” nie jest to wizja ani trochę optymistyczna czy wymyślna, raczej prawdopodobna.
Te sterylne mieszkanka, statek budzą we mnie pewne przerażenie, są zupełnie chłodne, zastygłe- o tym też w dosyć ciekawym kontekście mówi postać kobiety pojawiająca się w zaledwie jednej scenie- w spotakniu głownego bohatera, kiedy siedzi on w kręgu z innymi
ludźmi podczas gdy ci się uzewnętrzniają. Wydaję się, że ta twarz hollywoodzkiego gwiazdora straciła jakikolwiek entuzjazm czy powód do życia, w następnych minutach, licznych retrospekcjach dowiemy się dlaczego.
Chris tęskni za miłością, zaś to objawia mu się jako marzenie senne, zadziwiająco rzeczywiste.
Mając tego pełną świadomość, naukowiec będzie chciał naprawić swoje błędy, wykorzystać daną mu szansę, jednak nie jest to takie proste jak by się wydawało…
Oglądając “Solaris” czułem autentyczną melancholię równomierną z nastrojem całego obrazu, patrzyłem jeszcze w ekran kiedy leciały napisy końcowe by delektować się ścieżką dźwiękową, i potwierdzę
jeszcze raz, że nie obchodzi mnie jakąż ten film ma ogólnie kiepską ocenę- mi się podobało i na tym przystanę.
Polecam

Opublikowane w:  on październik 16, 2009 at 4:42 pm Komentarze (2)